Krajobraz

Właściwie to wyszedłem późnym popołudniem, ale idąc tak przed siebie coraz dalej i dalej zapomniałem o świecie i czasie - nieubłaganym panie wszelkiego istnienia. Mrok więc nastał i ciemność krainę w objęcia wzięła. Doszedłem wreszcie do miejsca, gdzie las łęgom ustępuje a przez trzcinowiska i bagna wije się cicho mała rzeczka - Morawka. Zapomniane to miejsce przez wszystkich, gdzie wokoło cisza panuje. Tylko drzewa wierne pozostały i niejako strażnicy tej tajemniczej krainy stoją u brzegów maleńkiej rzeczki. Niektóre już całkiem stare, pod ciężarem wieku pochylone, niektóre młode, odważnie w niebo strzelają. Są tam i drzewa jeszcze inne, które mimo tego że stoją, wydają się być jakieś dziwne. Ich konary nie mają tyle gałązek co pozostałe. A i kora ich jakby poskręcana, poszarpana odstaje. Stoją samotne, z pojedynczymi na kształt dłoni gałęziami. Jakieś nieczułe, jakieś zimne. Te drzewa są... martwe. Teraz, w poświacie księżyca dobrze widzę ich zgrabiałe gałęzie, niczym skostniałe od zimna palce. Czas ich już dawno przeminął, lecz jak gdyby dostały jeszcze jedną szansę. Choć minąłem już to miejsce, dobrze czuję ich obecność, ich spróchniałe ciała. Jakby wciąż żywe były, jakby z dala obserwowały mnie i wzrokiem za mną wodziły. I mrok, i złoto na nim księżyca, i mgła trzcinowiska spowiła, która teraz sprawia, że wszystko jakby z powietrza, z niewidocznego wyrasta. Powoli, leniwie i cicho... toczy się życie. I czas płynie. W złotej poświacie ślizgają się cienie i para wciąż bucha z otchłani. Jakbym w najświętszym miejscu był, jakbym widzem, któremu dane najświętsze sekrety, największe tajemnice. Ogarnąć, zobaczyć, utrwalić.

Pieniny

Tatry

Świętokrzyskie